Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rola mediów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rola mediów. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lutego 2011

Lepsze jest wrogiem dobrego... Roma


W Poznaniu - z wielkim szumem - zorganizowano mediację w sprawie dyskryminacji Romów przez właścicieli klubu Cuba Libre... tak! Dokładnie tak...
Wiem, że komunikat prasowy PAP-u głosi inaczej i został ujęty nieco bardziej neutralnie: "Spotkanie mediacyjne zostało zorganizowane przez pełnomocnika wojewody ds. mniejszości narodowych i etnicznych. Było poświęcone wzajemnym relacjom społeczności romskiej i poznańskich restauratorów." Co z tego? Spotkanie zorganizowane w urzędzie wojewódzkim organizował pełnomocnik rządu ds. równego traktowania, a zaproszonymi byli członkowie Zespołu Monitorowania Rasizmu i Ksenofobii MSWiA oraz Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Czy można się dziwić, że właścicielka w ogóle na spotkaniu się nie pojawiła, a w jej imieniu pisemnie wystąpił adwokat, Wojciech Wyjątek, idący w zaparte: "Jedyną przyczyną odmowy wstępu lub wyproszenia z klubu są względy bezpieczeństwa, które dotyczą zawsze indywidualnych osób. Decyzja w tym zakresie należy do pracowników zewnętrznej firmy ochroniarskiej, której obowiązkiem jest zapewnienie bezpieczeństwa w klubie".
Wszystko zaczęło się od artykułu w Gazecie: "Menu tylko dla Polaków". Tekst tekstem, ale filmik z ukrytej kamery, zagnieżdżony w tekście, nie pozostawia zbyt wiele wątpliwości. Brawo dla dziennikarzy za "nagłośnienie" problemu! Ochrona umywa ręce, menadżerowie zrzucają pełną odpowiedzialność na właścicielkę i w dodatku proszą o wyrozumiałość w obawie przed utratą pracy. Nie dziwię się jednak, obecnej taktyki PR, polegającej na całkowitym odrzuceniu tez tego artykułu na stronie klubu: "oświadczam niniejszym, że jest on [artykuł] zupełnie niezgodny ze stanem faktycznym. Do klubu Cuba Libre ma wstęp każdy, bez względu na kolor skóry, rasę, pochodzenie etniczne, narodowość, płeć, preferencje seksualne, przekonania polityczne, niepełnosprawność, światopogląd, wyznanie czy religię. Odmowa wejścia do klubu podyktowana może być wyłącznie względami bezpieczeństwa lub brakiem miejsc." 
Cała sprawa jest przyczynkiem do dyskusji o tym, w jakich sprawach mediacja w ogóle ma szanse powodzenia i o tym, jak przygotować spotkanie mediacyjne. W tej sprawie, obawiam się, idea mediacji została nadużyta. W Poznaniu zebrał się raczej sąd kapturowy i trudno się dziwić, że przed jego oblicze nie spieszno było restauratorom. W jaki sposób mediatorzy powinni radzić sobie z moralną wyższością jednej strony? Oto problem. Chyba niestety pełnomocnikowi zbytnio się spieszyło i nie zadbał o bezpieczeństwo wszystkich, których przy okrągłym stole zamierzał ugościć. Zabrakło mi jego dobrego, pojednawczego, wstępnego wystąpienia medialnego.

wtorek, 8 lutego 2011

Zasada nieoznaczoności Heisenberga

Dziejszy wpis będzie - mam nadzieję - ewoluował. Zaczynam od prostego odesłania do artykułu w NYT: Shamed Into Altering a Mortgage. Autor ze szczegółami opisuje tam prawne perypetie emerytowanej fizjoterapeutki, którą próbowano eksmitować z jej domu w Nowym Yorku. Sprawą - na szczęcie dla niej - zajęła się młoda prawniczka (public interest lawyer) ze znajomościami w mediach. Stąd tytuł tego wpisu - zapożyczony z wprowadzania do artykułu. Zasada nieoznaczoności głosi, że obserwacja wpływa na przedmiot obserwowany. Tak jest z pewnością w przypadku zachowania dużych instytucji w konfliktach z osobami fizycznymi, o ile te osoby potrafią zwrócić na siebie uwagę mediów i opinii publicznej. W opisywanym przypadku interwencja prawniczki, wspieranej przez dziennikarza i jego gazetę, zablokowała eksmisję, a zaangażowanie sądu i mediów - odwróciło uprzednią lawinę proceduralną: tj. prawne zajęcie jej nieruchomości przez wierzyciela - tj. Bank of America. Histora - jak podkreśla autor - jest przerażająca a zarazem emblematyczna dla całego sektora kredytów hipotecznych. Kryzys na rynku nieruchomości i lawinowy wzrost liczby niespłacanych rat utrudnia bankowcom indywidualne podejście do każdego z dłużników, znieczula ich i skłania do bezwzględności. W konsekwencji są oni w stanie zignorować nawet swoje własne, wewnętrzne regulaminy dotyczące sytuacji nadzwyczajnych, kiedy dłużnik - spełniający określone warunki - zasługuje na cierpliwość i na renegocjację zasad spłaty zobowiązania. W tym przypadku - mimo wielokrotnych wniosków dłużniczki - bank naliczył jej wysokie opłaty za zwłokę i dopiero  pod wpływem publikacji w NYT, uznał za celowe zaproponować jej nowe warunki spłaty. Przed sąd sprawa trafiła dlatego, że bank próbował - poprzez naliczenie nieuzasadnionej opłaty dodatkowej - przerzucić na nią koszty obsługi prawnej. Co więcej, próbował również narzucić jej spłatę odsetek jakie narosły w trakcie postępowania sądowego. 
Ta historia jest interesująca nie tylko dlatego, że w Polsce narasta problem zadłużenia i nierównowagi między dłużnikami  a wierzycielami finansowymi. Chodzi mi o rolę prasy i strategię dziennikarza, który w swoim artykule bardzo pochlebnie opisuje sędziego, w tej sprawie: podkreśla jego kompetencje i z uznaniem wypowiada się o jego władczym podejściu do stron konfliktu. Nie spotkałem się w polskiej prasie z tego rodzaju laurkami dla sędziów. Tymczasem, po pierwsze, część z nich naprawdę na nie zasługuje a, po drugie, części z nich takie laurki mogłyby bardzo się przydać jako motywacja do działania na rzecz sprawiedliwości a przeciwko dużym instytycjom. Opisana w artykule złośliwość sędziego wobec przedstawicieli banku - tj. pytanie, czy bez artykułu w New York Times powódka mogłaby wogóle liczyć na indywidualne potraktowanie - jest godna uwagi. Szczególnie w kontekście wniosku pozwanego o wykluczenie jawności posiedzenia motywowaną gotowością do indywidualnych ustępstw. Sędzia odrzucił ten wniosek, uznając wartość publicznego rozstrzygnięcia - a więc ustanowienia reguły, na którą powołać mogą się inne osoby w podobnej sytuacji. W tym sensie neutralna osoba trzecia - w roli świadka - staje się jednocześnie gwarantem równości.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Fałszywi media(torzy) w Irlandii Północnej

Mój ulubiony pisarz irlandzki, Robert McLiam Wilson, przekonał mnie - genialną "Ulicą marzycieli" - że konflikt w Irlandii Północnej wypalił się, dosłownie i w przenośni. Że ludzie po prostu zmęczyli się terrorem. Że Unia Europejska i jej szalone możliwości finansowe utuczą solidarnie wszystkich łaknących sprawiedliwości. 
Obejrzałem jednak ostatnio wystąpienie Caroline Porter - ślicznej amerykańskiej stypendystki Fulbrighta w Irlandii - która chciała zbadać funkcję mediów w fazie post-konfliktowej. I niestety odkryła, że konflikt wcale nie został zakończony, a faza "post-konfliktowa" to mit, efekt myślenia życzeniowego i wynik uzgodnionej w ramach procesu pokojowego politycznej poprawności, lansowanej przez tamtejsze media. Jej zdaniem po rozpoczęciu procesu pokojowego zmienił się tam paradygmat informacyjny. W ramach tzw. propagandy pokoju, przedstawia się zawsze - w sposób zbalansowany - dwa skrajne, przeciwstawne poglądy, a następnie szuka się dla nich przeciwwagi w postaci - godnego poparcia - poglądu umiarkowanego, syntezy lub kompromisu. Tymczasem milcząca większość wcale nie jest jednorodna; przeciwnie, stare podziały trwają i a stare rany się nie goją. Polegam na jej ustaleniach faktycznych (a robi na mnie wrażenie informacja, że każdego miesiąca dochodzi tam do incydentu, jeśli nie bombowego, to w każdym razie kryminalnego na tle politycznym). Nie będę ich teraz weryfikować.
Fascynujące jest jednak to pytanie o rolę mediów: czy dziennikarze powinni strzec pokoju, a jeśli tak, to w jaki sposób? Jej zdaniem przyduszają jedynie przejściowo płomienie i utrudniają rzeczywiste rozwiązania, odsuwając jedynie potencjalny wybuch przemocy...

piątek, 23 kwietnia 2010

Po żałobie - codzienność

Przedwczoraj u przyjaciół dyskutowaliśmy z Wojtkiem - fotografem prasowym - o odpowiedzialności mediów za poziom debaty publicznej. Znalazłem kamyczek do jego ogródka...

W Opolu - jak ocenia Wyborcza - fiaskiem zakończyły się negocjacje samorządu miejskiego i samorządu województwa dotyczące budowy wspólnego systemu informacji turystycznej. Tytuł, jak to w Gazecie, efekciarski: "Jak marszałek zostawił ratusz na lodzie". Po przeczytaniu tekstu nie wiem jednak kompletnie, czy marszałek nie uniknął w ten sposób poświęconego sobie artykułu pt.: "Marszałek wpuszczony w maliny". Ale nie o bezstronność dziennikarską się tu troszczę.

Brakuje mi rzeczowego przedstawienia struktury konfliktu i przebiegu negocjacji. Zamiast wyjaśnienia przyczyn braku porozumienia i oceny tego stanu rzeczy w świetle interesu publicznego, tekst pozwala mi usłyszeć lament jednej ze stron i odpowiedź - drugiej strony, którą w zestawieniu z faktami można uznać za arogancką. A ja chciałbym się czegoś konkretnego dowiedzieć, a nie przeżyć coś wyreżyserowanego... 

Ku pamięci kopiuję tu tekst in extenso (sądzę, że moja krytyka będzie dla dziennikarzy więcej warta, niż  cena licencji na jego przedruk):

"Rok czasu, mnóstwo energii i ponad 200 tys. zł - tyle straciło Opole po tym, jak urząd marszałkowski postanowił nie organizować do spółki z ratuszem miejsko-regionalnej informacji turystycznej.

Nad powołaniem do życia takiej placówki oba urzędy pracowały i negocjowały od ponad roku. Urzędnicy zarówno z jednej, jak i z drugiej strony podkreślali, że Opolu potrzebna jest profesjonalna informacja, gdzie turysta mógłby uzyskać wszelkie dane na temat samego miasta i całego regionu.

- Wspólna informacja zapewni lepszy przepływ informacji i materiałów przeznaczonych dla turystów - tłumaczyła Dorota Michniewicz, naczelniczka wydziału kultury w ratuszu.

Chęci po obu stronach były, nawet w po tym, gdy było już wiadomo, że urząd marszałkowski będzie też finansował projekt Opolskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej, przy której informacja turystyczna również miała funkcjonować. - Obie informacje nie miałyby przecież wchodzić sobie w drogę, tylko się uzupełniać - przekonywał wówczas Lucjusz Bilik, wiceszef departamentu kultury sportu i turystyki w urzędzie marszałkowskim.

Negocjacje rozbiły się jednak o szczegóły. Marszałek wprawdzie obiecał pieniądze na wspólny z miastem projekt, ale długo nie mógł dojść do porozumienia z ratuszem co do tego, kto ma płacić za lokal, w którym informacja miała się mieścić, oraz za etaty jego pracowników.

W zeszłym tygodniu do ratusza dotarła w końcu informacja, że marszałek z projektu chce się w ogóle wycofać. - To dla nas duże zaskoczenie i nawet nie znam jeszcze dokładnego uzasadnienia - mówi Michniewicz i podkreśla, że wraz z odejściem z przedsięwzięcia urzędu marszałkowskiego Opolu przepadło około 200 tys. zł obiecanych na jego realizację.

Ratusz rezygnować nie chce, ale musi teraz znaleźć na niego pieniądze w swoim budżecie. - No i faktem jest, że gdyby nie nieudana próba utworzenia wspólnej informacji z urzędem marszałkowskim, to bylibyśmy już na zupełnie innym etapie - mówi Mirosław Pietrucha, rzecznik prezydenta miasta.

Ratusz chciał bowiem przenieść maleńką dotychczas informację turystyczną do lokalu po sklepie Oxide, któremu z tego powodu wypowiedział umowę. Od niecałego roku lokal stoi pusty (miasto pobierało za niego 5 tys. zł czynszu miesięcznie).

Odpowiedzialna za turystykę oraz negocjacje z ratuszem wicemarszałek Teresa Karol tłumaczy decyzję tym, że urząd marszałkowski ma już swoją informację. - Chcemy zadania dotyczące turystyki przekazać w całości OROT-owi, a to, że będzie tam działać informacja, nie było jeszcze niedawno takie pewne. Ze wspólnego projektu z miastem po prostu zrezygnowaliśmy - mówi." 

Pytania ćwiczebne, dla zainteresowanych rozwiązywaniem konfliktów:
- Jakie podmioty występują w opisanej wyżej systuacji? 
- Jaką rolę pełnią? 
- Jakie są (mogą być) ich interesy? 
- Jakie stanowiska prezentowały w toku negocjacji? 
- Jakimi alternatywnymi rozwiązaniami strony dysponowały - przynajmniej w teorii - siadając do stołu rokowań? 
- Na jakim etapie rozwoju znalazł się konflikt? 
- Jakie rozwiązania można wyobrazić sobie w tej sytuacji? 
- Z kim i w jakiej kolejności powinien (był) podjąć rozmowy ewentualny mediator, zatrudniony do pomocy przy tworzeniu miejsko-regionalnej informacji turystycznej? 

Niestety w tym tekście brakuje odpowiedzi na niektóre z powyższych pytań. Czy ktoś organizuje szkolenia z teorii konfliktów dla dziennikarzy? Jeśli nie, to trudno się dziwić, że zamiast tłumaczyć konflikt (nie wspominając o poszukiwaniu rozwiązania), prasa nieświadomie sprzyja jego eskalacji... I nie wierzę, że czytelnicy nie chcą czytać o sukcesach urzędników!