piątek, 23 kwietnia 2010

Po żałobie - codzienność

Przedwczoraj u przyjaciół dyskutowaliśmy z Wojtkiem - fotografem prasowym - o odpowiedzialności mediów za poziom debaty publicznej. Znalazłem kamyczek do jego ogródka...

W Opolu - jak ocenia Wyborcza - fiaskiem zakończyły się negocjacje samorządu miejskiego i samorządu województwa dotyczące budowy wspólnego systemu informacji turystycznej. Tytuł, jak to w Gazecie, efekciarski: "Jak marszałek zostawił ratusz na lodzie". Po przeczytaniu tekstu nie wiem jednak kompletnie, czy marszałek nie uniknął w ten sposób poświęconego sobie artykułu pt.: "Marszałek wpuszczony w maliny". Ale nie o bezstronność dziennikarską się tu troszczę.

Brakuje mi rzeczowego przedstawienia struktury konfliktu i przebiegu negocjacji. Zamiast wyjaśnienia przyczyn braku porozumienia i oceny tego stanu rzeczy w świetle interesu publicznego, tekst pozwala mi usłyszeć lament jednej ze stron i odpowiedź - drugiej strony, którą w zestawieniu z faktami można uznać za arogancką. A ja chciałbym się czegoś konkretnego dowiedzieć, a nie przeżyć coś wyreżyserowanego... 

Ku pamięci kopiuję tu tekst in extenso (sądzę, że moja krytyka będzie dla dziennikarzy więcej warta, niż  cena licencji na jego przedruk):

"Rok czasu, mnóstwo energii i ponad 200 tys. zł - tyle straciło Opole po tym, jak urząd marszałkowski postanowił nie organizować do spółki z ratuszem miejsko-regionalnej informacji turystycznej.

Nad powołaniem do życia takiej placówki oba urzędy pracowały i negocjowały od ponad roku. Urzędnicy zarówno z jednej, jak i z drugiej strony podkreślali, że Opolu potrzebna jest profesjonalna informacja, gdzie turysta mógłby uzyskać wszelkie dane na temat samego miasta i całego regionu.

- Wspólna informacja zapewni lepszy przepływ informacji i materiałów przeznaczonych dla turystów - tłumaczyła Dorota Michniewicz, naczelniczka wydziału kultury w ratuszu.

Chęci po obu stronach były, nawet w po tym, gdy było już wiadomo, że urząd marszałkowski będzie też finansował projekt Opolskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej, przy której informacja turystyczna również miała funkcjonować. - Obie informacje nie miałyby przecież wchodzić sobie w drogę, tylko się uzupełniać - przekonywał wówczas Lucjusz Bilik, wiceszef departamentu kultury sportu i turystyki w urzędzie marszałkowskim.

Negocjacje rozbiły się jednak o szczegóły. Marszałek wprawdzie obiecał pieniądze na wspólny z miastem projekt, ale długo nie mógł dojść do porozumienia z ratuszem co do tego, kto ma płacić za lokal, w którym informacja miała się mieścić, oraz za etaty jego pracowników.

W zeszłym tygodniu do ratusza dotarła w końcu informacja, że marszałek z projektu chce się w ogóle wycofać. - To dla nas duże zaskoczenie i nawet nie znam jeszcze dokładnego uzasadnienia - mówi Michniewicz i podkreśla, że wraz z odejściem z przedsięwzięcia urzędu marszałkowskiego Opolu przepadło około 200 tys. zł obiecanych na jego realizację.

Ratusz rezygnować nie chce, ale musi teraz znaleźć na niego pieniądze w swoim budżecie. - No i faktem jest, że gdyby nie nieudana próba utworzenia wspólnej informacji z urzędem marszałkowskim, to bylibyśmy już na zupełnie innym etapie - mówi Mirosław Pietrucha, rzecznik prezydenta miasta.

Ratusz chciał bowiem przenieść maleńką dotychczas informację turystyczną do lokalu po sklepie Oxide, któremu z tego powodu wypowiedział umowę. Od niecałego roku lokal stoi pusty (miasto pobierało za niego 5 tys. zł czynszu miesięcznie).

Odpowiedzialna za turystykę oraz negocjacje z ratuszem wicemarszałek Teresa Karol tłumaczy decyzję tym, że urząd marszałkowski ma już swoją informację. - Chcemy zadania dotyczące turystyki przekazać w całości OROT-owi, a to, że będzie tam działać informacja, nie było jeszcze niedawno takie pewne. Ze wspólnego projektu z miastem po prostu zrezygnowaliśmy - mówi." 

Pytania ćwiczebne, dla zainteresowanych rozwiązywaniem konfliktów:
- Jakie podmioty występują w opisanej wyżej systuacji? 
- Jaką rolę pełnią? 
- Jakie są (mogą być) ich interesy? 
- Jakie stanowiska prezentowały w toku negocjacji? 
- Jakimi alternatywnymi rozwiązaniami strony dysponowały - przynajmniej w teorii - siadając do stołu rokowań? 
- Na jakim etapie rozwoju znalazł się konflikt? 
- Jakie rozwiązania można wyobrazić sobie w tej sytuacji? 
- Z kim i w jakiej kolejności powinien (był) podjąć rozmowy ewentualny mediator, zatrudniony do pomocy przy tworzeniu miejsko-regionalnej informacji turystycznej? 

Niestety w tym tekście brakuje odpowiedzi na niektóre z powyższych pytań. Czy ktoś organizuje szkolenia z teorii konfliktów dla dziennikarzy? Jeśli nie, to trudno się dziwić, że zamiast tłumaczyć konflikt (nie wspominając o poszukiwaniu rozwiązania), prasa nieświadomie sprzyja jego eskalacji... I nie wierzę, że czytelnicy nie chcą czytać o sukcesach urzędników!

piątek, 16 kwietnia 2010

Perspektywa śmierci

W Wyborczej rozmowa Rafała Kalukina z o. Maciejem Ziębą OP:


"R.K.: - A co z życiem publicznym w Polsce? Przeżywamy dziś śmierć polityków, których przecież - jako przedstawicieli nielubianej elity - do tej pory odrzucaliśmy. Opłakujemy prezydenta, którego popularność mierzona sondażami była bardziej niż mizerna. Co się stało z tymi negatywnymi emocjami?


M.Z.: - Może ten okrutny fakt wyrwał nas z polskiego piekła i przechodzimy do polskiego czyśćca? Konflikt jest wpisany w życie demokracji, ale nasze polskie piekło polega na tym, że absolutyzujemy wszelkie spory i je personalizujemy. Zamiast powiedzieć, że ten człowiek proponuje ułomne rozwiązania, mówimy: "To jest zły człowiek". I nagle majestat śmierci przywraca proporcje życiu. Widzimy teraz, że żaden spór nie był absolutny, że większość kłótni była do uniknięcia, a większość złych ocen była przesadzona. I dotyczy to wszystkich stron polskich sporów.

Urzędnik, który bronił starej ustawy o IPN, spotyka na pokładzie samolotu polityka, który walczył o nową ustawę. Obaj byli pewni, że bronią dobrej sprawy, obaj podejrzewali drugą stronę o chęć obrony grupowych interesów. I obaj giną. Teraz znacznie lepiej dostrzegamy, że tamten spór, jak wiele innych sporów, można było rozwiązywać bez angażowania tylu złych emocji.

Mam nadzieję, iż po 10 kwietnia lepiej rozumiemy, że krzywdzimy i konkretnych ludzi, i nasze wspólne dobro - Rzeczpospolitą, gdy kopiemy lub nawet tylko przyglądamy się, jak inni wykopują głębokie rowy podziałów. Słowo "diabeł" pochodzi od greckiego "diaballon" - rozszczepiać, rozdzielać.

Mówimy dziś, że zginęli w Smoleńsku polscy patrioci. Bez roztrząsania, w jakiej byli partii. W pilotach, stewardesach i oficerach BOR też dostrzegamy patriotów. Na tym polega solidarność. Papież powtarzał, że solidarność buduje się na tym, co łączy, a nie co dzieli.

To gorzka lekcja dla polityków, ale nie tylko. Elity społeczne, także duchowni, powinni dokonać rachunku sumienia. W piersi winni się uderzyć również dziennikarze."


Nic ująć...

środa, 14 kwietnia 2010

Smutne dobrego początki?

Bloga zakłada się łatwo i szybko. Dużo trudniej jest zacząć pisanie. Bo pierwsza wypowiedź powinna być jasna, dobitna: "uważam, że coś jest ciekawe, o tym zamierzam pisywać, to moja ambicja, taki jestem... zapraszam do lektury i komentowania". Trzeba jednak wierzyć, że nasza ciekawość nie okaże się płonna, ambicje - przerośnięte, ego - rozchwiane, a zaproszenie - aktem na wyrost. Ta pierwsza wypowiedź powinna być również atrakcyjna - co wymaga talentu, albo chociaż tupetu... Czy każdy blogger na początku zmaga się z tym problemem?...

Przez ostatni miesiąc czekałem na impuls, na wydarzenie, które po prostu będę musiał skomentować. Marzyłem o spektakularnym konflikcie społecznym, który - dzięki "profesjonalnej interwencji neutralnych osób trzecich" - został efektywnie rozwiązany, a samo rozwiązanie powszechnie doceniono w mediach... Tego mianowicie ma dotyczyć ten blog: radzenia sobie z konfliktami (łac. conflictus - zderzenie) w interesie publicznym.

Interesuje się administracją publiczną. Korzystam z jej rozmaitych usług co najmniej od 9 maja 1976 r., a pracuje dla niej - w bardzo różnych formach - od blisko 10 lat. Czytanie, myślenie i rozmowy na jej temat to mój zawód. Jestem prawnikiem, więc to właśnie na prawne uwarunkowania jej funkcjonowania zwracam największą uwagę. Drugą moją pasją przed 5 laty stały się tzw. alternatywne metody rozwiązywania konfliktów - ich teoria i praktyka. Obu tym pasjom chcę pofolgować w tym blogu: szukać tych, którzy - przezwyciężając pierwszy szok spotkania z bliźnim o innych potrzebach, innej wiedzy, innej kulturze, czy innej roli społecznej - próbują rozmawiać i szukać porozumienia.

W sobotę, 10 kwietnia, miałem już pomysł na pierwszy wpis... Zamiast tego - jak wszyscy - przeżyłem szok, usłyszawszy o katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. I przyznaję, że do dziś w tym szoku chyba się znajduję.

Nie potrafię wybrać się na Krakowskie Przedmieście, czy na Torwar, bo tam odbywa się zbiorowe przeżywanie żałoby. A ja nic nie czuję. Na razie. Bo nie mieści mi się w głowie lista ofiar. Przypuszczam, że śmierć każdego z pasażerów tego samolotu z osobna, poruszyłaby mnie bardzo - niezależnie od osiągnięć, potknięć, czy afiliacji politycznych zmarłego. Nie radzę sobie natomiast kompletnie z publikowanymi przez prasę zestawieniami fotografii... Każdemu człowiekowi należy się osobna żałoba, osobna cisza, osobna zaduma! Jak można "hurtem" pożegnać tyle indywidualności? Jak oddać każdemu sprawiedliwość, jak docenić starania każdego z nich w sferze publicznej? Poruszył mnie szczególnie tekst Janusza Reittera "Uprzywilejowani?" w Rzeczpospolitej - o Aramie Rybickim, Andrzeju Kremerze, Stanisławie Komorowskim oraz Mariuszu Handzliku - państwowcach, których z pewnością będzie bardzo brakować.

Uniwersytety mają tradycje publikowania ksiąg pamiątkowych po śmierci wybitnych naukowców. Koledzy i uczniowie zmarłego, nawiązując do jego dorobku, piszą nowe teksty - jako wspólny pomnik dla niego. Trudno wyobrazić sobie, jaką obiętość miałyby księgi pamiątkowe wszystkich ofiar katastrofy, zawierające wspomnienia ich przyjaciół i współpracowników. Próbuję też wyobrazić sobie ekwiwalent naukowej księgi pamiątkowej dla polityków, urzędników, duchownych, wojskowych, czy działaczy społecznych, którzy tam zginęli - wspólne przedsięwzięcia podejmowane w hołdzie dla nich, aby kontynuować ich drogę. Marzę o tym, żebym w tym blogu mógł kiedyś odnotować przypadek udanej mediacji, do której przyczyniła się pamięć o którejś z Ofiar katastrofy w Smoleńsku.