środa, 29 grudnia 2010

Zbudowano drogę między Szczecinem a Gorzowem

Dobra wiadomość na koniec roku - zawsze w cenie. Droga S3 wygląda ładnie na zdjęciu. Siegam do historii doniesień prasowych i oczywiście jest... sprawa konfliktu wywłaszczeniowego. W marcu 2008 roku opisano historię rolnika spod Gorzowa, który twierdził:

"- Absolutnie nie jestem przeciwnikiem budowy trasy. Chcę tylko, aby wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Nie interesuje mnie obecnie propozycja wykupienia mojej ziemi przez GDDKiA, skoro ich zdaniem działka jest mniejsza niż w moich dokumentach - akcie notarialnymi i podstawowym pomiarze wykonanym w 1950 r. - tłumaczy Władysław Adamiak, który zapowiada, że nie wpuści drogowców na swoją ziemię aż do wyjaśnienia sprawy." 

We wrześniu ciężarówki zaczęły jeździć po polu. Bez postępowania wywłaszczeniowego, bez decyzji o odszkodowaniu, a nawet - bez wyjaśnienia wątpliwości geodezyjnych, które właściciel zgłaszał wojewodzie. Mimo całej sytuacji właściciel - przynajmniej w relacji prasowej - wydaje się nadal opanowany. Mało kto na tym etapie konfliktu jest jeszcze w stanie się śmiać:

"Jak dowiedziała się "Gazeta", Generalna Dyrekcja Dróg i Autostrad, ma już prawo do dysponowania spornym gruntem - tak zdecydował wojewoda. Pozostaje tylko kwestia umowy i rozliczenia się z właścicielem tego terenu. Do tego czasu można tam prowadzić tylko prace przygotowawcze, np. archeologiczne. Budować nie można. - Jeżeli właściciel terenu będzie się opierał z wydaniem tego terenu, zostanie wywłaszczony, a sprawa odszkodowania i rozliczenie będzie prowadzone niezależnie od budowy drogi - tłumaczy wojewoda Hatka.
- Ale ja się nie opieram z wydaniem gruntu. To już piąty wojewoda, który nie przysłał do mnie nawet urzędnika, żeby sprawdził, ile moje pole ma arów - śmieje się Adamiak. - Skończy się na tym, że ogrodzę pole i za każdym razem, gdy tylko ktoś obcy tu wejdzie z łopatą, będę zawiadamiał policję i telewizję."

Dalszego ciągu relacji brak...
Pytania: 
1. Jakie są mierniki jakości pracy urzędów wojewódzkich? Czy osoby odpowiedzialne za tego rodzaju negatywny i powtarzający się przekaz medialny nie powinny zostać upomniane extra?
2. Czy ustawa autostradowa dobrze rozwiązuje konflikt między interesem publicznym (droga), a interesem publicznym (poczucie bezpieczeństwa i ochrona prawa własności)? Czy przyspieszony tryb rzeczywiście powinien zwalniać od kontaktu z właścicielem? Czy w sprawie konfliktowej nie powinno właśnie - tym bardziej - dojść do szybkiej, lecz wyjazdowej rozprawy administracyjnej - w imię ochrony zaufania do organów pańśtwa?

czwartek, 23 grudnia 2010

Spółka skarbu państwa unika płacenia renty

Upokarzanie inwalidy... tytuł - zaiste - interwencyjny.  A sprawa - zrozumiała z obu punktów widzenia.

Jacek Bejm (37) od 17 lat jest inwalidą. Stracił nogę w 1993 r. po wypadku w ówczesnej Hucie Częstochowa, gdzie pracował jako formierz w odlewni. Prokuratura ustaliła, że winę za wypadek ponoszą przełożeni Bejma. Biorąc winę za wypadek na siebie, Huta Częstochowa w 1994 r. zobowiązała się wypłacać rentę uzupełniającą do świadczeń ZUS-u, który uznał, że Bejm jest trwale niezdolny do pracy. Renta miała wyrównywać różnicę między dochodami, jakie Bejm osiągałby, gdyby nie wypadek, i "częściowo pokrywać zwiększone potrzeby życiowe". A także wzrastać proporcjonalnie do wzrostu wynagrodzeń w hucie. Póki zakład był państwowy, płacił, ale od 1998 r. - kiedy resztki przjął Regionalny Fundusz Gospodarczym - Bejm dostaje niezmiennie 840,73 zł


Problem jest interesujący z prawnego punktu widzenia: długofalowa wykonalność ugody - w której punktem referencyjnym są średnie zarobki w danym zakładzie - w przypadku zmian własnościowych, czy zmiany profilu działalności, skutkującej zmianą wynagrodzeń.
W najgorszym świetle wypadają jednak sądy, w których trudno o szybki wyrok (instancje odwoławcze), a nieudolność dowodowa (trudności w odszukaniu świadków, którzy wcale się nie kryją) woła o pomstę do nieba...

Forum też interesujące...
1. Współczucie, własne doświadczenia i smutny prognostyk: "nadawać się do pracy" (jakiejś) a stracić uprawnienia kwalifikowane... trudniej o rentę w tym drugim przypadku.
2. Agresja, epitet - "haracz rentowy", propozycja "alternatywnych" rozwiązań: dofinansowanie bieżących potrzeb leczniczo-inwalidzkich. Obserwacja: z wpisu wynika, że komuś pamięć krótka szwankuje i już w trakcie pisania postu zapomniał połowę materiału faktycznego sprawy ("renta za kręgosłup" - chociaż chodzi o brak nogi)
3. Głosy znajomych - świadectwo inwalidztwa, współczucia i ironii: "życzę wesołych świąt z obiema nogami"
4. Wezwanie - na wpół cenzuralne - do odpowiedzialności karnej, epitety pod adresem władz Regionalnego Funduszu Gospodarczego i samego funduszu (prostackie zagrywki, nieuki z d. w chmurach, bezkarne żerowanie na rynku), celne pytanie o społeczną odpowiedzialność biznesu
5. Przypomnienie haseł wyborczych jednej z lokalnych posłanek - Izabeli Leszczyny, która w kampanii brała na siebie odpowiedzialność (choć trudno stwierdzić, czy z dumą, czy z ambicją zmian) za działalność RFG
Wezwanie do tego, by sama zapłaciła, tym bardziej, że otrzymała 29 % poparcia
6. Czysta polityczna uwaga: "czyżby przypadkiem PO"...

piątek, 17 grudnia 2010

lotnik - kryj się!

Interesujący konflikt tli się w okolicach wojskowego lotniska w Krzesinach. Chodzi o chałas i  loty F-16 poza wyznaczonymi korytarzami. Kontrolę w tej sprawie przeprowadził Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska, ale wojsko pozostaje poza jego jurysdykcją. 



Prawo różnicuje tu sytuację poszkodowanych mieszkańców za pomocą instytucji obszaru ograniczonego użytkowania (strefa, w której samoloty startują i podchodzą do lądowania). Jeśli został ustanowiony - a wątpliwości co do tego w przypadku okolic Okęcia miał NSA, lecz nie podzielił ich ostatnio Sąd Apelacyjny - Właściciele nieruchomości mają w tym przypadku odrębnie uregulowaną ścieżkę dochodzenia odszkodowań z tytułu spadku wartości tych nieruchomości. Sprawy - wnoszone przeciw Wojsku - rozstrzygane są przez sądy (Gazeta podaje, że obecnie toczy się ponad 700 tego rodzaju spraw).  Wypłacono już ponoć kilkudziesięciu osobom przeszło milion złotych. Mieszkańcy bloków leżących poza tym obszarem twierdzą jednak - a potwierdziły to służby cywilne - że samoloty są uciążliwe również dla nich. Jedynym oczywistym rozwiązaniem prawnym jest powiększenie - przez Sejmik województwa - strefy specjalnej. Ale czy to usatysfakcjonuje mieszkańców?
Ciekawe, czy sporów sądowych ktoś próbował uniknąć przy pomocy mediacji... Pytanie, kto potrafi negocjować z żołnierzami... 

czwartek, 16 grudnia 2010

mediacje karne w administracji?

"Dom-Bud z Oleśnicy na Dolnym Śląsku proponował lokatorom wymianę drzwi wejściowych do mieszkań i okien w atrakcyjnych cenach. Na ulotce-ofercie był numer telefonu komórkowego. Pan Robert skorzystał z oferty, wręczył przysłanemu z oleśnickiej firmy pracownikowi zaliczkę i czekał daremnie na realizację usługi.
Gdy jego interwencja u rzecznika praw konsumentów nie przyniosła spodziewanego skutku, pan Robert wybrał numer komórkowy z ulotki - jak się okazało - do prezesa Dom-Budu Jarosława B. W rozmowie telefonicznej pan Robert grzecznie poprosił o natychmiastowy zwrot pieniędzy, bo on już z usługi niesolidnej firmy rezygnuje. I lojalnie uprzedził, że jak nie otrzyma swoich pieniędzy, to pójdzie do prokuratury i złoży doniesienie o oszustwie. - Kim ty jesteś, że straszysz mnie prokuraturą? Jak przyjadę do Częstochowy, to ci tak wpier..., że popamiętasz - usłyszał od prezesa Dom-Budu. Pewnie Jarosław B. nie miał świadomości, że oszukany częstochowianin jest szefem tutejszego Centralnego Biura Śledczego." Pech!
Rezultat:
Prokuratura Rejonowa Północ uznała, że policjant miał prawo się obawiać, bo groźba była realna, i skierowała do sądu akt oskarżenia. Jarosławowi B. grozi do dwóch lat więzienia. Na pierwszej rozprawie obaj adwersarze zgodzili się na mediatora. Mają 30 dni na ugodę. Proces odroczono do 20 stycznia 
Ciekawe, czy mediator zgodzi się na poszerzenie pola negocjacji o zarzuty rzecznika konsumentów w Jeleniej Górze przeciwko p. Jarosławowi Bińczyckiemu...? Można by to jakoś hurtem załatwić...

"...- liczą się ceny?" - nie rób ściemy!

Gazeta donosi o klęsce Danona w Stanach Zjednoczonych - w starciu administracją amerykańską... chodziło m.in. o znane również w Polsce jogurty Activia, o - zbawiennych dla układu trawiennego - właściwościach regulacyjnych... 

Jak podaje Gazeta: "według amerykańskiej Federalnej Komisji Handlu (FTC) nie ma wystarczających danych naukowych na poparcie takich tekstów promocyjnych. (...) podkreśliła też, że Dannonowi nie wolno było posługiwać się w celach promocyjnych informacjami, które nie zostały potwierdzone przez Amerykańską Agencję ds. Żywności i Leków (FDA)."


Kierując się takimi wskazaniami Prokuratorzy generalni z 39 stanów - pod przewodnictwem prokuratorów z Oregonu (zachód) i Tennessee (środkowy wschód) - prowadzili postępowanie przeciw Dannonowi. Wczoraj ogłosili - jak podaje Gazeta - zawarcie "największej w historii ugody pozasądowej między producentem żywności a oskarżycielami reprezentującymi wiele stanów", w ramach której Dannon wypłaci 21 mln dol. odszkodowania. 


Nie chodzi tu o wysokość strat dla firmy - TVN 24 podaje, że: 
"Danone już raz musiał zmierzyć się z niemal identyczną sprawą. W 2008 roku do sądu w Los Angeles wniesiono pozew, w którym dowodzono, że własne badania przeprowadzone przez koncern nie dostarczyły potwierdzenia dla twierdzeń zawartych w reklamach Activii. Po roku sporu sądowego doszło do ugody. Danone stworzył fundusz w wysokości 35 milionów dolarów aby wypłacać z niego odszkodowania dla klientów, którzy kupili Activię lub DanActive. Danone musiał też usunąć z reklam sformułowania o "odporności", którą jakoby dają jego produkty. Pomimo tego koncern stanowczo neguje twierdzenia zawarte w pozwie, a zawarcie ugody motywuje chęcią "uniknięcia zamieszania i kosztów postępowania".


A w Polsce? UOKiK 6 lat temu prowadził postępowanie w sprawie Actimel, zakończone decyzją - a jakże - o umorzeniu postępowania. Badano jednak nie tezę o właściwościach leczniczych, ale sztuczkę promocyjną - tj. gotowość zwrotu pieniędzy, jeśli klient nie poczuje różnicy po 14 dniach jedzenia jogurtu. Powód umorzenia: deklaracja firmy, że zwróci pieniądze w każdym przypadku, niezależnie od kryteriów i sposobu uzasadnienia niezadowolenia z Actimela...


Interesujące to wszystko z kilku powodów:
1) konflikt między administracją ochrony konsumentów a przedsiębiorcą o twierdzenia używane w reklamie
2) naukowe podstawy jako kryterium rozstrzygania i publiczne instytucyje certyfikujące...
3) różne systemy rozwiązywania konfliktu - droga administracyjna/droga karna
4) różne formy rozwiązań: decyzja, ugoda, umorzenie 
5) komunikaty oceniające administracji a jednocześnie - brak przyznania do winy, skruchy i obietnicy poprawy ze strony przedsiębiorcy
6) fundusz na pokrycie strat - bezpośrednio adresowany do klientów/odszkodowanie dla pańśtwa/kara administracyjna
Ach... zobaczyłbym znowu Michael Clayton, gdzie jednak chodziło o coś wiecej niż tylko dolegliwości gastryczne.

sobota, 11 grudnia 2010

ZUS-owi - jak wszystkim - też zależy na wizerunku



Jeden News, a trzy interesujące informacje z punktu widzenia teorii konfliktów w sferze administracji. "Metro" informuje, że "Zakład Ubezpieczeń Społecznych będzie pytał Polaków, co o nim myślą. Za 1,5 mln zł. Badanie ma trwać trzy lata, a zacznie się jeszcze w grudniu. Ankieterzy przepytają w sumie 83 tys. Polaków". 

Pierwsza informacja, która kłuje w oczy, to koszty ciekawości. Zrozumiały być może w kontekście próby - tj. 83 tys. osób. Dla porównania - V edycja Diagnozy społecznej (2009) - opierała się na próbie 12 381 gospodarstw domowych z 37 841 członkami (zbadano indywidualnie 26 178 członków tych gospodarstw w wieku 16 i więcej lat). Pamiętam pierwszą diagnozę i entuzjazm jednego z jej najmłodszych autorów, Dominika Batorskiego, który twierdził, że skala tych badań była w Polsce bezprecedensowa. Ale nie jestem socjologiem organizacji, więc nie potrafię ocenić, ile osób trzeba spytać, by kompleksowo ocenić jakość takiego giganta, jakim jest ZUS. Sądząc po ilości komentarzy na forach internetowych, większość wypowiadających się ma odmienne zdanie niż ZUS w kwestii racjonalności tych badań. Wniosek: osoba odpowiedzialna za komunikację społeczną w ZUS nieświadomie potwierdziła negatywne stereotypy na temat swego pracodawcy... A może o to właśnie chodziło? Dobić dna i się odbić...

Druga informacja, bardziej poruszająca, dotyczy kontekstu tych planów badawczych, a mianowicie  Strategii przekształceń ZUS (2010-2012), prezentowanej jako: "odpowiedź Zakładu na zmiany zachodzące w otoczeniu społecznym. Z jednej strony zmiany te związane są z rozwojem społeczeństwa informacyjnego i postępującą elektronizacją usług, z drugiej zaś - z rosnącymi oczekiwaniami wobec instytucji publicznych w zakresie racjonalności w wydatkowaniu środków publicznych i jakości świadczonych usług." Za cel nadrzędny uznano w strategii zwiększenie satysfakcji klientów z usług świadczonych przez Zakład. Do celu tego prowadzić mają: 1) opis i optymalizacja procesów, 2) informatyzacja kontaktów ZUS z klientami na poziomie porównywalnym do instytucji finansowych, 3) odzielenie Front Office i Back Office, 4) wprowadzenie monitoringu kosztów. Meritum ogólnie słuszne, a sądząc po żargonie samej strategii, publikowanej na stronie ZUS, sprawą zajęli sięi fachowcy...

Trzecia informacja, najbardziej interesująca, dotyczy ambicji ZUS: "Zakład, wdrażając Strategię ..., ma nadzieję stać się w ciągu kilku lat liderem wśród instytucji publicznych pod względem skali wdrażania nowoczesnych rozwiązań technologicznych, skutkujących wysoką jakością obsługi klientów - gwarantując jednocześnie, że pieniądze publiczne są wydatkowane efektywnie i w przejrzysty sposób." Widzę konfitury (informatyzacja), ale mam nadzieję, że w dążeniu do wysokiej jakości obsługi ZUS pochyli się też kwestią rozwiązywania konfliktów... Żadne narzędzie informatyczne nie zmniejszy gniewu takich ludzi jak Kamil Cebulski, mobilizujących i szkolących do walki z "biurwami". A wydatki modernizacyjne zachęcą - i tak już sporą - grupę kontestatorów do kreatywnych manifestacji...




sobota, 4 grudnia 2010

Wspólna baza światopoglądowa stron konfliktu - zagrożenie czy szansa?

Usłyszałem ostatnio, po raz kolejny, że podręcznik Christophera W. Moore'a  jest "biblią mediatorów". A co z Biblią oryginalną? - pomyślałem. Rzecz jasna nie ma korelacji między wiarą (albo jej brakiem) a umiejętnością służenia innym w rozwiązywaniu konfliktów. Pytanie podstawowe brzmi jednak: czy wiara i wiedza religijna - stron albo mediatora - mogą się przydać w konflikcie?

Do tego tematu zamierzam jeszcze powracać, na razie odnotowuję inspirację: imponujące w polskich warunkach przedsięwzięcie jakim są Debaty "Polska Tolerancja", organizowane przez chrześcijański portal tezeusz.pl, a dokładniej - debatę XI dotyczącą tolerancji wewnątrz Kościoła katolickiego.


Obok głosów w dyskusji - szczególnie polecam tekst Zbigniewa Nosowskiego o symfonii i kakofonii - zamieszczono tam interesujący tekst - pochodzący ze strony australijskiej organizacji ACM wspierającej liderów wspólnot chrześcijańskich - a poświęcony konfliktom wśród chrześcijan i zasadom ich rozwiązywania

Jaki ma to związek z administracją publiczną? Dwojaki. 
Z jednej strony można pytać, czy w kraju, w którym tak wiele osób mieni się katolikami, liczba konfliktów - w tym konfliktów w sferze administracji publicznej - nie powinna być mniejsza, a ich temperatura - niższa. Tam gdzie są ludzie tam będą i konflikty, ale być może unikanie mediacji powinno zostać oficjalnie (z ambony) uznane za grzech... a mediatorzy - jako czyniący pokój (Mt 5,9) - objęci szczególną opieką duszpasterską, ale też i szerzej "reklamowani" i wykorzystywani w misjach dobrych usług... 
Z drugiej strony można zapytać, w jakim stopniu administracja publiczna - bazując na w miarę spójnym światopoglądzie (wartości konstytucyjne, republikańskie i narodowe) - jest przestrzenią konfliktów, w których mediator może odwoływać się do etosu urzędniczego, a zarazem - musi poradzić sobie w sytuacji, gdy konkretne osoby etos ten pojmują fałszywie, albo - co gorsza - etos ten lekceważą.  

czwartek, 2 grudnia 2010

Neutralność mediatora

Znalazłem ostatnio dwie - interesujące łącznie - wypowiedzi ilustrujące problem neutralności tych, którzy mienią się przewodnikami na drodze do harmonii...

Pierwsza grupa to terapeuci.
Wielce podejrzliwy wobec ich metod i kompetencji jest Tomasz Witkowski - znany w środowisku mediatorów m.in. jako współredaktor Biblioteki Moderatora - zdaniem którego neutralność psychoterapeuty jest fikcją. W rozmowie  z Grzegorzem Sroczyńskim proponuje w związku z tym:

"To nieco szalony pomysł, ale uważam, że terapeuci na tabliczkach gabinetów obok nazwiska powinni umieszczać skrótowy światopogląd. "Katolik, konserwatysta, przeciwnik in vitro". Albo: "Feministka o poglądach liberalnych". To pozwoliłoby uniknąć niespodzianek. Radzę wszystkim: wybierzcie kogoś, kto ma podobny światopogląd do waszego. Są zwykle dwie rozmowy wstępne, zapytajcie terapeutę wprost o światopogląd. Katolik, który nie akceptuje rozwodów, a ma problemy małżeńskie, jeśli pójdzie do terapeuty księdza, nie będzie narażony na sugestie szybkiego rozwodu. Z kolei liberalna feministka nie usłyszy od terapeutki feministki, że powinna się poświęcać dla męża, którego ma dosyć."

Druga grupa to mediatorzy.
Uderzyła mnie wypowiedź Jerzego Śliwy, prezesa Zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Zawodowych Mediatorów, recenzującego - na życzenie Gazety Wyborczej - tzw. "Deklarację Łódzką". 

"- Deklaracja łódzka nie jest wezwaniem do dialogu, ale oświadczeniem osób, które solidaryzują się z widniejącym pod nią podpisem Jarosława Kaczyńskiego. Nie podpisałbym jej, bo po prostu jej nie rozumiem - mówi Jerzy Śliwa, prezes Zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Mediatorów. - Brakuje w niej przede wszystkim oświadczenia twórców, że sami języka nienawiści stosować nie będą - dodaje. Według mediatora dokument jest sprawny z punktu widzenia skuteczności politycznej. - Nie wiadomo jednak, w jakim celu umieszczono cytaty polityków i wymieniono konkretne słowa "związane z językiem nienawiści". Wprowadzenie tych słów jest niezrozumiałe. Sami twórcy powinni zadeklarować, że z takiego języka zrezygnują. - mówi prezes Śliwa. Uważa także, że grupa adresatów, do których skierowana jest deklaracja, jest określona zbyt ogólnie. - Czy to są właśnie ci uczestniczy życia politycznego, którzy używają najostrzejszego języka? - pyta retorycznie. Warunkiem porozumienia jest szukanie rozwiązań. - Warto, by w debacie publicznej pojawił się głos wzywający do dyskusji, ale dyskusji nacechowanej szacunkiem do jej uczestników - podkreśla Śliwa."

Nie ma znaczenia po której z rozlicznych stron polskiej sceny politycznej sami siebie sytuujemy. Nie ma znaczenia, czy przemawia do nas Deklaracja Łódzka, czy też nie. Pytanie brzmi: czy nawet najcelniejsza krytyka komunikatu politycznego jednego z ugrupowań nie podważa zaufania zwolenników tegoż ugrupowania do mediatorów wogóle... Czy w trakcie mediacji p. Śliwa również krytykuje wypowiedzi stron, jeśli są sprzeczne z zasadami dialogu? - pomyślałem w pierwszym momencie, złośliwie...

Ale być może fikcją jest udawanie, że nie ma się poglądów i należałoby raczej ujawniać je stronom przed mediacją? Z drugiej strony profesje o znacznie dłuższej historii - by wymienić tylko adwokatów - są w stanie pracować dla swoich klientów nie afiszując się sympatiami kulturowymi...

wtorek, 16 listopada 2010

Mediator - zabójca

Żeby nie było, żem zaślepiony ideą, i nie dostrzegam zła na tym łez podole, odnotowuję dla porządku: czasem Mediator może zabić. A częściową odpowiedzialność ponosi administracja państwowa. W tym konkretnym wypadku chodzi o Francję, gdzie potwierdzono ok. 500 zgonów w ciągu ostatnich 34 lat...
Wisielczy humor? Uchowaj Boże! To tylko wstęp do autorefleksji. Czy w takim sektorze jak farmaceutyczny byłbym gotów w ogóle podjąć się mediacji pomiędzy koncernem, a administracją rejestrującą leki? Czy potrafiłbym zasnąć - doprowadziwszy do porozumienia - nie mając jednak pewności, że lek - nawet najprzyźniej nazwany i najcudowniejszy z założenia - nie ujawni swych ubocznych skutków po pewnym czasie....



Opowiadał mi jeden z kolegów - weteran audytu - że najważniejszym aktywem firmy-giganta, w której był zatrudniony, jest czarna lista przedsiębiorców. Dla nich - ze względu na ich reputację - nie pracują (ryzyko nieproporcjonalne do zysków). Czy istnieją czarne listy podmiotów, z którymi nie powinien zadawać się mediator w trosce o swoją reputację?

piątek, 21 maja 2010

Kogo wychować może prokurator?

W TVN24 przed miesiącem relacjonowano konflikt w LO im. Iwaszkiewicza w Brzezinach, gdzie grupa nauczycieli wystąpiła do prokuratury przeciw maturzystce o niewyparzonym języku...  




piątek, 23 kwietnia 2010

Po żałobie - codzienność

Przedwczoraj u przyjaciół dyskutowaliśmy z Wojtkiem - fotografem prasowym - o odpowiedzialności mediów za poziom debaty publicznej. Znalazłem kamyczek do jego ogródka...

W Opolu - jak ocenia Wyborcza - fiaskiem zakończyły się negocjacje samorządu miejskiego i samorządu województwa dotyczące budowy wspólnego systemu informacji turystycznej. Tytuł, jak to w Gazecie, efekciarski: "Jak marszałek zostawił ratusz na lodzie". Po przeczytaniu tekstu nie wiem jednak kompletnie, czy marszałek nie uniknął w ten sposób poświęconego sobie artykułu pt.: "Marszałek wpuszczony w maliny". Ale nie o bezstronność dziennikarską się tu troszczę.

Brakuje mi rzeczowego przedstawienia struktury konfliktu i przebiegu negocjacji. Zamiast wyjaśnienia przyczyn braku porozumienia i oceny tego stanu rzeczy w świetle interesu publicznego, tekst pozwala mi usłyszeć lament jednej ze stron i odpowiedź - drugiej strony, którą w zestawieniu z faktami można uznać za arogancką. A ja chciałbym się czegoś konkretnego dowiedzieć, a nie przeżyć coś wyreżyserowanego... 

Ku pamięci kopiuję tu tekst in extenso (sądzę, że moja krytyka będzie dla dziennikarzy więcej warta, niż  cena licencji na jego przedruk):

"Rok czasu, mnóstwo energii i ponad 200 tys. zł - tyle straciło Opole po tym, jak urząd marszałkowski postanowił nie organizować do spółki z ratuszem miejsko-regionalnej informacji turystycznej.

Nad powołaniem do życia takiej placówki oba urzędy pracowały i negocjowały od ponad roku. Urzędnicy zarówno z jednej, jak i z drugiej strony podkreślali, że Opolu potrzebna jest profesjonalna informacja, gdzie turysta mógłby uzyskać wszelkie dane na temat samego miasta i całego regionu.

- Wspólna informacja zapewni lepszy przepływ informacji i materiałów przeznaczonych dla turystów - tłumaczyła Dorota Michniewicz, naczelniczka wydziału kultury w ratuszu.

Chęci po obu stronach były, nawet w po tym, gdy było już wiadomo, że urząd marszałkowski będzie też finansował projekt Opolskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej, przy której informacja turystyczna również miała funkcjonować. - Obie informacje nie miałyby przecież wchodzić sobie w drogę, tylko się uzupełniać - przekonywał wówczas Lucjusz Bilik, wiceszef departamentu kultury sportu i turystyki w urzędzie marszałkowskim.

Negocjacje rozbiły się jednak o szczegóły. Marszałek wprawdzie obiecał pieniądze na wspólny z miastem projekt, ale długo nie mógł dojść do porozumienia z ratuszem co do tego, kto ma płacić za lokal, w którym informacja miała się mieścić, oraz za etaty jego pracowników.

W zeszłym tygodniu do ratusza dotarła w końcu informacja, że marszałek z projektu chce się w ogóle wycofać. - To dla nas duże zaskoczenie i nawet nie znam jeszcze dokładnego uzasadnienia - mówi Michniewicz i podkreśla, że wraz z odejściem z przedsięwzięcia urzędu marszałkowskiego Opolu przepadło około 200 tys. zł obiecanych na jego realizację.

Ratusz rezygnować nie chce, ale musi teraz znaleźć na niego pieniądze w swoim budżecie. - No i faktem jest, że gdyby nie nieudana próba utworzenia wspólnej informacji z urzędem marszałkowskim, to bylibyśmy już na zupełnie innym etapie - mówi Mirosław Pietrucha, rzecznik prezydenta miasta.

Ratusz chciał bowiem przenieść maleńką dotychczas informację turystyczną do lokalu po sklepie Oxide, któremu z tego powodu wypowiedział umowę. Od niecałego roku lokal stoi pusty (miasto pobierało za niego 5 tys. zł czynszu miesięcznie).

Odpowiedzialna za turystykę oraz negocjacje z ratuszem wicemarszałek Teresa Karol tłumaczy decyzję tym, że urząd marszałkowski ma już swoją informację. - Chcemy zadania dotyczące turystyki przekazać w całości OROT-owi, a to, że będzie tam działać informacja, nie było jeszcze niedawno takie pewne. Ze wspólnego projektu z miastem po prostu zrezygnowaliśmy - mówi." 

Pytania ćwiczebne, dla zainteresowanych rozwiązywaniem konfliktów:
- Jakie podmioty występują w opisanej wyżej systuacji? 
- Jaką rolę pełnią? 
- Jakie są (mogą być) ich interesy? 
- Jakie stanowiska prezentowały w toku negocjacji? 
- Jakimi alternatywnymi rozwiązaniami strony dysponowały - przynajmniej w teorii - siadając do stołu rokowań? 
- Na jakim etapie rozwoju znalazł się konflikt? 
- Jakie rozwiązania można wyobrazić sobie w tej sytuacji? 
- Z kim i w jakiej kolejności powinien (był) podjąć rozmowy ewentualny mediator, zatrudniony do pomocy przy tworzeniu miejsko-regionalnej informacji turystycznej? 

Niestety w tym tekście brakuje odpowiedzi na niektóre z powyższych pytań. Czy ktoś organizuje szkolenia z teorii konfliktów dla dziennikarzy? Jeśli nie, to trudno się dziwić, że zamiast tłumaczyć konflikt (nie wspominając o poszukiwaniu rozwiązania), prasa nieświadomie sprzyja jego eskalacji... I nie wierzę, że czytelnicy nie chcą czytać o sukcesach urzędników!

piątek, 16 kwietnia 2010

Perspektywa śmierci

W Wyborczej rozmowa Rafała Kalukina z o. Maciejem Ziębą OP:


"R.K.: - A co z życiem publicznym w Polsce? Przeżywamy dziś śmierć polityków, których przecież - jako przedstawicieli nielubianej elity - do tej pory odrzucaliśmy. Opłakujemy prezydenta, którego popularność mierzona sondażami była bardziej niż mizerna. Co się stało z tymi negatywnymi emocjami?


M.Z.: - Może ten okrutny fakt wyrwał nas z polskiego piekła i przechodzimy do polskiego czyśćca? Konflikt jest wpisany w życie demokracji, ale nasze polskie piekło polega na tym, że absolutyzujemy wszelkie spory i je personalizujemy. Zamiast powiedzieć, że ten człowiek proponuje ułomne rozwiązania, mówimy: "To jest zły człowiek". I nagle majestat śmierci przywraca proporcje życiu. Widzimy teraz, że żaden spór nie był absolutny, że większość kłótni była do uniknięcia, a większość złych ocen była przesadzona. I dotyczy to wszystkich stron polskich sporów.

Urzędnik, który bronił starej ustawy o IPN, spotyka na pokładzie samolotu polityka, który walczył o nową ustawę. Obaj byli pewni, że bronią dobrej sprawy, obaj podejrzewali drugą stronę o chęć obrony grupowych interesów. I obaj giną. Teraz znacznie lepiej dostrzegamy, że tamten spór, jak wiele innych sporów, można było rozwiązywać bez angażowania tylu złych emocji.

Mam nadzieję, iż po 10 kwietnia lepiej rozumiemy, że krzywdzimy i konkretnych ludzi, i nasze wspólne dobro - Rzeczpospolitą, gdy kopiemy lub nawet tylko przyglądamy się, jak inni wykopują głębokie rowy podziałów. Słowo "diabeł" pochodzi od greckiego "diaballon" - rozszczepiać, rozdzielać.

Mówimy dziś, że zginęli w Smoleńsku polscy patrioci. Bez roztrząsania, w jakiej byli partii. W pilotach, stewardesach i oficerach BOR też dostrzegamy patriotów. Na tym polega solidarność. Papież powtarzał, że solidarność buduje się na tym, co łączy, a nie co dzieli.

To gorzka lekcja dla polityków, ale nie tylko. Elity społeczne, także duchowni, powinni dokonać rachunku sumienia. W piersi winni się uderzyć również dziennikarze."


Nic ująć...

środa, 14 kwietnia 2010

Smutne dobrego początki?

Bloga zakłada się łatwo i szybko. Dużo trudniej jest zacząć pisanie. Bo pierwsza wypowiedź powinna być jasna, dobitna: "uważam, że coś jest ciekawe, o tym zamierzam pisywać, to moja ambicja, taki jestem... zapraszam do lektury i komentowania". Trzeba jednak wierzyć, że nasza ciekawość nie okaże się płonna, ambicje - przerośnięte, ego - rozchwiane, a zaproszenie - aktem na wyrost. Ta pierwsza wypowiedź powinna być również atrakcyjna - co wymaga talentu, albo chociaż tupetu... Czy każdy blogger na początku zmaga się z tym problemem?...

Przez ostatni miesiąc czekałem na impuls, na wydarzenie, które po prostu będę musiał skomentować. Marzyłem o spektakularnym konflikcie społecznym, który - dzięki "profesjonalnej interwencji neutralnych osób trzecich" - został efektywnie rozwiązany, a samo rozwiązanie powszechnie doceniono w mediach... Tego mianowicie ma dotyczyć ten blog: radzenia sobie z konfliktami (łac. conflictus - zderzenie) w interesie publicznym.

Interesuje się administracją publiczną. Korzystam z jej rozmaitych usług co najmniej od 9 maja 1976 r., a pracuje dla niej - w bardzo różnych formach - od blisko 10 lat. Czytanie, myślenie i rozmowy na jej temat to mój zawód. Jestem prawnikiem, więc to właśnie na prawne uwarunkowania jej funkcjonowania zwracam największą uwagę. Drugą moją pasją przed 5 laty stały się tzw. alternatywne metody rozwiązywania konfliktów - ich teoria i praktyka. Obu tym pasjom chcę pofolgować w tym blogu: szukać tych, którzy - przezwyciężając pierwszy szok spotkania z bliźnim o innych potrzebach, innej wiedzy, innej kulturze, czy innej roli społecznej - próbują rozmawiać i szukać porozumienia.

W sobotę, 10 kwietnia, miałem już pomysł na pierwszy wpis... Zamiast tego - jak wszyscy - przeżyłem szok, usłyszawszy o katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. I przyznaję, że do dziś w tym szoku chyba się znajduję.

Nie potrafię wybrać się na Krakowskie Przedmieście, czy na Torwar, bo tam odbywa się zbiorowe przeżywanie żałoby. A ja nic nie czuję. Na razie. Bo nie mieści mi się w głowie lista ofiar. Przypuszczam, że śmierć każdego z pasażerów tego samolotu z osobna, poruszyłaby mnie bardzo - niezależnie od osiągnięć, potknięć, czy afiliacji politycznych zmarłego. Nie radzę sobie natomiast kompletnie z publikowanymi przez prasę zestawieniami fotografii... Każdemu człowiekowi należy się osobna żałoba, osobna cisza, osobna zaduma! Jak można "hurtem" pożegnać tyle indywidualności? Jak oddać każdemu sprawiedliwość, jak docenić starania każdego z nich w sferze publicznej? Poruszył mnie szczególnie tekst Janusza Reittera "Uprzywilejowani?" w Rzeczpospolitej - o Aramie Rybickim, Andrzeju Kremerze, Stanisławie Komorowskim oraz Mariuszu Handzliku - państwowcach, których z pewnością będzie bardzo brakować.

Uniwersytety mają tradycje publikowania ksiąg pamiątkowych po śmierci wybitnych naukowców. Koledzy i uczniowie zmarłego, nawiązując do jego dorobku, piszą nowe teksty - jako wspólny pomnik dla niego. Trudno wyobrazić sobie, jaką obiętość miałyby księgi pamiątkowe wszystkich ofiar katastrofy, zawierające wspomnienia ich przyjaciół i współpracowników. Próbuję też wyobrazić sobie ekwiwalent naukowej księgi pamiątkowej dla polityków, urzędników, duchownych, wojskowych, czy działaczy społecznych, którzy tam zginęli - wspólne przedsięwzięcia podejmowane w hołdzie dla nich, aby kontynuować ich drogę. Marzę o tym, żebym w tym blogu mógł kiedyś odnotować przypadek udanej mediacji, do której przyczyniła się pamięć o którejś z Ofiar katastrofy w Smoleńsku.