Bloga zakłada się łatwo i szybko. Dużo trudniej jest zacząć pisanie. Bo pierwsza wypowiedź powinna być jasna, dobitna: "uważam, że coś jest ciekawe, o tym zamierzam pisywać, to moja ambicja, taki jestem... zapraszam do lektury i komentowania". Trzeba jednak wierzyć, że nasza ciekawość nie okaże się płonna, ambicje - przerośnięte, ego - rozchwiane, a zaproszenie - aktem na wyrost. Ta pierwsza wypowiedź powinna być również atrakcyjna - co wymaga talentu, albo chociaż tupetu... Czy każdy blogger na początku zmaga się z tym problemem?...
Przez ostatni miesiąc czekałem na impuls, na wydarzenie, które po prostu będę musiał skomentować. Marzyłem o spektakularnym konflikcie społecznym, który - dzięki "profesjonalnej interwencji neutralnych osób trzecich" - został efektywnie rozwiązany, a samo rozwiązanie powszechnie doceniono w mediach... Tego mianowicie ma dotyczyć ten blog: radzenia sobie z konfliktami (łac. conflictus - zderzenie) w interesie publicznym.
Interesuje się administracją publiczną. Korzystam z jej rozmaitych usług co najmniej od 9 maja 1976 r., a pracuje dla niej - w bardzo różnych formach - od blisko 10 lat. Czytanie, myślenie i rozmowy na jej temat to mój zawód. Jestem prawnikiem, więc to właśnie na prawne uwarunkowania jej funkcjonowania zwracam największą uwagę. Drugą moją pasją przed 5 laty stały się tzw. alternatywne metody rozwiązywania konfliktów - ich teoria i praktyka. Obu tym pasjom chcę pofolgować w tym blogu: szukać tych, którzy - przezwyciężając pierwszy szok spotkania z bliźnim o innych potrzebach, innej wiedzy, innej kulturze, czy innej roli społecznej - próbują rozmawiać i szukać porozumienia.
W sobotę, 10 kwietnia, miałem już pomysł na pierwszy wpis... Zamiast tego - jak wszyscy - przeżyłem szok, usłyszawszy o katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. I przyznaję, że do dziś w tym szoku chyba się znajduję.

Nie potrafię wybrać się na Krakowskie Przedmieście, czy na Torwar, bo tam odbywa się zbiorowe przeżywanie żałoby. A ja nic nie czuję. Na razie. Bo nie mieści mi się w głowie lista ofiar. Przypuszczam, że śmierć każdego z pasażerów tego samolotu z osobna, poruszyłaby mnie bardzo - niezależnie od osiągnięć, potknięć, czy afiliacji politycznych zmarłego. Nie radzę sobie natomiast kompletnie z publikowanymi przez prasę zestawieniami fotografii... Każdemu człowiekowi należy się osobna żałoba, osobna cisza, osobna zaduma! Jak można "hurtem" pożegnać tyle indywidualności? Jak oddać każdemu sprawiedliwość, jak docenić starania każdego z nich w sferze publicznej? Poruszył mnie szczególnie tekst Janusza Reittera "Uprzywilejowani?" w Rzeczpospolitej - o Aramie Rybickim, Andrzeju Kremerze, Stanisławie Komorowskim oraz Mariuszu Handzliku - państwowcach, których z pewnością będzie bardzo brakować.
Uniwersytety mają tradycje publikowania ksiąg pamiątkowych po śmierci wybitnych naukowców. Koledzy i uczniowie zmarłego, nawiązując do jego dorobku, piszą nowe teksty - jako wspólny pomnik dla niego. Trudno wyobrazić sobie, jaką obiętość miałyby księgi pamiątkowe wszystkich ofiar katastrofy, zawierające wspomnienia ich przyjaciół i współpracowników. Próbuję też wyobrazić sobie ekwiwalent naukowej księgi pamiątkowej dla polityków, urzędników, duchownych, wojskowych, czy działaczy społecznych, którzy tam zginęli - wspólne przedsięwzięcia podejmowane w hołdzie dla nich, aby kontynuować ich drogę. Marzę o tym, żebym w tym blogu mógł kiedyś odnotować przypadek udanej mediacji, do której przyczyniła się pamięć o którejś z Ofiar katastrofy w Smoleńsku.